czwartek, 4 sierpnia 2016

Dziękujemy, trenerze.

4 sierpnia, 2015. Byliśmy wtedy na obozie w Szczecinku. Drugi dzień. Męczące upały. I piekielnie smutne wiadomości z Barlinka. Zamiast skupić się na walce o miejsce w składzie i pracy nad formą, oboje z Deckiem zachodziliśmy w głowę, zadając sobie pytanie bez odpowiedzi – Dlaczego? Żaden z nas jeszcze kilka dni wcześniej nie podejrzewałby, że tego właśnie dnia, odejdzie od nas wspaniały trener, a przede wszystkim – wielki człowiek...

                                                                                 ***

Nasze drogi zeszły się po raz pierwszy podczas obozu w Szczyrku. Miałem wtedy 12 lat. Szczególnie w pamięci utknął mi jeden z treningów na trawiastej murawie. Oczywiste jest, że każde ćwiczenie mieliśmy wykonywać na przemian – raz lewą, raz prawą nogą. A jeszcze większą oczywistością jest, że większość 12-letnich adeptów piłki kopanej będzie robił po swojemu. I tak robiłem i ja, nawet nie zwracając na to większej uwagi. Raz lewa, trzy razy prawa. Albo 3 razy prawa i znowu prawa. Zdziwiłem się, gdy podszedł do mnie trener najstarszej grupy – trener Tomek. Uśmiechnął się i powiedział, bym więcej używał lewej nogi. Ciekawe po co – pomyślałem. Dowiedziałem się tego na testach końcowych. Jednym z zadań, był strzał słabszą nogą w wyznaczony sektor w okienku bramki. Trafiłem raz. Na 10 prób. Tomas – jeden z chłopaków, trenowanych właśnie przez trenera Tomka, trafił 9. Nic więcej chyba nie muszę dodawać.

Powoli przebijałem się przez kolejne szczeble piłkarskiego rozwoju. W wieku 14 lat, zadebiutowałem w drużynie juniorów młodszych rocznika 95, który występował w Wojewódzkiej Lidze Juniorów. Awans do niej, po raz pierwszy od dobrych kilkunastu lat, wywalczył przed kilkoma laty nie kto inny, niż trener Nowicki. W tym samym czasie rozpocząłem naukę w gimnazjum, gdzie pan Tomek był nauczycielem wychowania fizycznego. Przypuszczam, że nie było mu łatwo powoływać do reprezentacji szkoły chłopaka z klasy matematycznej kosztem chociażby uczniów swojej własnej klasy sportowej, której był wychowawcą. Był nie tylko dobrym trenerem, bo i właśnie w wychowawstwie spisywał się równie dobrze. Odkąd pamiętam, na każdych zawodach była dyscyplina. I wyniki. To podczas jego opieki nad szkolną reprezentacją, szkoła święciła jedne z największych sukcesów w swojej historii. I nie będzie w tym nawet odrobiny przesady, jeżeli powiem, że każdy z nas, właśnie dzięki niemu rozwijał skrzydła. Pamiętam, że już w pierwszej klasie zaryzykował, stawiając na mnie, powierzając mi odpowiedzialność czwartej, ostatniej zmiany w sztafecie 4x100m. Jako jeden z nielicznych dostrzegł we mnie potencjał szybkościowy. Odpłaciłem się mu za to dwa lata później, zdobywając Mistrzostwo Powiatu na 100m. Do dziś pamiętam 18 odliczonych kroków od strefy zmian.

Na każdych zawodach, w których miałem zaszczyt uczestniczyć, dawał z siebie 110% jako trener i wychowawca. Nieważne, czy graliśmy pierwszą rundę eliminacji do Coca-Coli Cup z pobliskimi wioskami, czy był to już ćwierćfinał etapu wojewódzkiego. Podczas właśnie jednego z takich meczów z przysłowiowymi „kelnerami”, wygrywaliśmy już 10:0. Zdarzyło mi się wtedy bardzo niecelnie podać. Przez najbliższe pół godziny miałem ochotę zapaść się pod ziemię po wykładzie, jaki po tym podaniu mi zafundował. Właśnie tak kształtuje się piłkarskie charaktery. Teraz mogę mu tylko za to podziękować.

Właśnie, nawiązując do Coca-Coli i całej masy innych turniejów – Jak to w każdej szkole zazwyczaj bywa, na wszystko, co związane ze sportem nie ma pieniędzy. I tym właśnie brak możliwości naszego wyjazdu na Drużynowe Mistrzostwa Województwa w Lekkiej Atletyce umotywowały szanowne władze naszej ukochanej szkoły. Mieliśmy jedną z najmocniejszych ekip, jaką kiedykolwiek ta szkoła miała. Czuliśmy, że mamy duże szanse na sukces. Tym większą motywacją były dodatkowe punkty do szkół średnich, a także stypendia finansowe, jakie mogliśmy zgarnąć za miejsce na podium. Byliśmy tak zdesperowani, tak mocno nastawieni na te zawody, że każdy z nas zgłosił chęć wyjazdu nawet za własne pieniądze, cholernym Paan Busem, byle by tylko pojechać i wziąć udział. JEDYNĄ osobą, która poparła nasz pomysł, a wręcz zdecydowała się z nami pojechać i być naszym opiekunem, był właśnie Pan Tomasz. Potrzebne było tylko zwolnienie na jeden dzień ze szkoły. Nie otrzymaliśmy go. Szansa przepadła. Do końca życia będę miał o to zadrę i żal do pewnych osób, a do Pana Tomka szacunek i wdzięczność. W takich właśnie chwilach widzisz, komu zależy na twoim rozwoju, a kto patrzy jedynie na własny koniec ogona.
Gdy mój transfer do Pogoni Szczecin - który był swoją drogą pewną rewelacją w barlineckiej rzeczywistości - doszedł do skutku, jedną z niewielu osób, która wierzyła we mnie i nie doszukiwała się w tym wszystkim przekrętu, był właśnie on. Po każdym rozegranym w granatowo-bordowych barwach meczu nie podchodził do mnie jak każdy inny z pytaniem „Strzeliłeś coś?” i nie odchodził z ukrywanym uśmiechem, gdy na przykład odpowiadałem, że tym razem się nie udało. Często rozmawialiśmy o wrażeniach z gry, treningach, stylu, taktyce, rozwoju. Widziałem, że ma szczere i dobre intencje, doceniałem to.

Lato, 2015. Po operacji kolana, przebojach w szczecińskiej Pogoni, po nieudanej czwartoligowej przygodzie w Hutniku, wylądowałem w SALOSie. Byłem świeżo po wyleczeniu poważnego skręcenia stawu skokowego, zbliżał się nowy sezon. Razem z moim największym kibicem i przyjacielem – moim tatą, uznaliśmy, że potrzebuję indywidualnego treningu by wrócić do formy, nabrać świeżości i jeszcze raz podjąć próbę zawojowania piłkarskiego świata. Pierwszą i prawdopodobnie jedną z bardzo niewielu osób, którą dało się przekonać do pomocy mi w tym zadaniu, był trener Tomek. Chętnie podjął ze mną treningi, kilka razy w tygodniu. Mimo tego, że w międzyczasie prowadził też zajęcia z chłopakami na obozie u Milana Zaplatinka i borykał się z jednym z najcięższych wyzwań, jakie kiedykolwiek stanęło przed obliczem lokalnego futbolu w naszej miejscowości. Od ponad roku nie istniała już „Pogoń” Barlinek. Upadła, przez długi i złe zarządzanie. Feniks powstał z popiołów pod postacią Centrum Rozwoju Sportu. Cały projekt powstał głównie dzięki niemu - jego zaangażowaniu i determinacji. Na dniach chłopaki rozpoczną walkę o drugi z rzędu awans. Dla niego.

Na treningach trener Tomek wymagał ode mnie wiele. Każde podstawowe ćwiczenie powtarzaliśmy setki razy, od początku. Czasami wręcz irytowało mnie, gdy czepiał się o to, że tym razem nie dograłem mu piłki do rąk, mimo tego, że poprzednie kilkadziesiąt razu wyszło mi to bez zarzutu. Szczególnie miło wspominam nasze gierki w siatkonogę na koniec każdego treningu. Zawsze przegrywałem. Na ostatnim naszym wspólnym treningu, przegrałem jednym punktem. Na odchodne, przez szeroki uśmiech rzuciłem mu, że jeszcze kiedyś zagramy i tym razem to ja wygram... Po kilku dniach wyjechałem na obóz do Szczecinka.

                                                                                 ***

W pewnym sensie do dziś mam do siebie żal, że nie mogłem być na jego ostatnim pożegnaniu. Chciałem to jakoś nadrobić. Zaraz po powrocie do Barlinka, wsiadłem w samochód i pojechałem na cmentarz. Przez dobre kilkadziesiąt sekund wahałem się z przejściem przez bramę. Po raz pierwszy bałem się tam wejść. Zmiękły mi nogi. I serce. Czułem drganie ust i nieustanną walkę z łzami. Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Nie miałem bladego pojęcia, w którym miejscu szukać. Zacząłem od końca. Na poszukiwaniach spędziłem blisko pół godziny. Przez cały ten czas czułem jak szybko i mocno bije moje serce. Puls przekroczył skalę, gdy z daleko ujrzałem przeogromny stos bukietów, wiązanek i setki zapalonych zniczy. Przez kilka minut ryczałem jak bóbr. Nie wstyd mi się do tego przyznać. Płakałem dokładnie tak samo, jak setki, jak nie tysiące ludzi, które kilka dni wcześniej uczestniczyły w pogrzebie. To tylko ukazuje jak dobrym był człowiekiem. Dla mnie był jedną z najważniejszych osób w mieście. Jedną z nielicznych, która była prawdziwa w tym co robi, i która dla idei i pasji potrafiła oddać całe swoje serce. Która potrafiła to zrobić dla drugiego człowieka. Tak jak potrafił zrobić to dla mnie. I całej rzeszy dzieciaków, z którymi pracował. Całej drużyny CRS, która wciąż na każdą przedmeczową rozgrzewkę wybiega w koszulkach z napisami mówiącymi, że NIE ZAPOMNIMY!

W imieniu swoim i wszystkich osób, które myślą o Tobie tak samo jak ja, osób, które dzięki Tobie mogły realizować pasję i stać się nie tylko lepszymi sportowcami, ale także ludźmi, mówię serdeczne dziękuję. Wciąż chcielibyśmy powiedzieć Ci wiele, a jeszcze więcej udowodnić sportowymi czynami. Czuwaj nad nami i dbaj, by każdy z nas pielęgnował swoje sportowe serce i ducha w taki sposób, jaki robilibyśmy pod Twoim okiem i według twoich podpowiedzi.

Minął rok. Zakładając tego bloga obiecałem sobie, że w dniu, gdy upłynie właśnie rok, napiszę ten post. W naszym imieniu. Dla Ciebie. Dziękuję za wszystko, trenerze.

COS OPO Szczyrk - 2009.


piątek, 1 kwietnia 2016

#41 - Długa droga ku górze.

Bez taryfy ulgowej...


Minęły już trzy dni od pechowego meczu z "Chemikiem", a ja wciąż funkcjonowałem normalnie tylko i wyłącznie dzięki lekom przeciwbólowym. Momentami mocno kręciło mi się w głowie, choć na ogół doskwierał mi monotonny, lekko ćmiący ból. Te kilka dni poświęciłem na regenerację. W czwartek, zaledwie 4 dni od urazu, zdecydowałem się wziąć udział w pierwszym etapie eliminacji do turnieju "Coca Cola Cup", w którym brała udział moja szkoła. Do końca nie byłem pewien, czy jestem gotów do gry, jednak po rozgrzewce stwierdziłem, że tragedii nie ma i mogę wystąpić. Podczas kolejnych meczów nie odczuwałem nadmiernych dolegliwości, co cieszyło mnie tym bardziej, że oznaczało to, że jestem zdolny do gry również w meczach ligowych. Z wciąż poobijaną głową i uśmiechem na ustach, zameldowałem się więc 14-tego kwietnia 2013 roku na stadionie "Bałtyku" Koszalin...

Właśnie uświadomiłem sobie, że jest to jeden z tych nielicznych meczy, które pamiętam jak przez mgłę. Pomijając zbędne szczegóły, nie było to łatwe spotkanie. Wyszedłem w pierwszym składzie, tym razem już na swojej ulubionej pozycji, najwyżej wysuniętego napastnika. Przez dłuższy okres czasu utrzymywał się bezbramkowy remis, a większość gry prowadzona była w środkowej strefie boiska. Nie pamiętam, czy zagrałem całe spotkanie, czy pod koniec meczu trener ściągnął mnie z boiska, ale pewne jest, że rzutem na taśmę wygraliśmy to spotkanie 0:2, a bohaterem meczu został rezerwowy, zawsze nieobliczalny skrzydłowy Radek Misztal, który ustrzelił dublet. Nie zagrałem wtedy pierwszych skrzypiec. Wciąż uczyłem się nowych schematów, stylu gry i partnerów z drużyny. A presja ciążyła coraz bardziej. Szanse występów w pierwszej jedenastce, które otrzymałem od trenera Piotra były ogromnym wyróżnieniem, ale i obowiązkiem, z którego musiałem wywiązać się jak najlepiej.

21 kwietnia, 2013. Było mi niezmiernie miło, gdy wchodząc do szatni każdy z kolegów z drużyny złożył mi życzenia. Tego właśnie dnia, obchodziłem swoje 16-te urodziny. W bonusie mała ciekawostka - tego samego dnia urodziny obchodziła sama szczecińska "Pogoń", założona dokładnie 21.04.1948. Tym bardziej zależało mi, by jak najlepiej wystąpić w derbowej potyczce ze "Stalą". Już po raz trzeci nie rozczarowałem się, spoglądając na wywieszoną kartkę ze składem. Moje nazwisko odnalazłem dokładnie tam, gdzie chciałem, na szpicy. Miałem więc doskonałą okazję, by zafundować sobie najlepszy z możliwych urodzinowych prezentów. Niestety, mecz nie do końca układał się pod nasze dyktando. Mimo moich ogromnych chęci i zapału, nie udało mi się skierować piłki do siatki rywali, już po raz trzeci z rzędu. To nie był najlepszy występ w moim wykonaniu. Około 50-tej minuty zostałem zdjęty z boiska. Ostatecznie spotkanie zakończyło się naszym zwycięstwem 2:0. Dusiłem w sobie wielką dozę sportowej złości, chciałem jak najszybciej się zrehabilitować. Owszem, poczyniłem już duże postępy taktyczne i techniczne, jednak nie przełożyło się to do tej pory na najważniejszy meczowy aspekt, a mianowicie - bramki... Czekałem więc cierpliwie na kolejną okazję, wytrwale przyjeżdżając i trenując w Szczecinie 3 razy w tygodniu.

Minął kolejny tydzień. W mojej głowie rodziły się coraz to gorsze myśli związane z brakiem ligowych trafień z mojej strony. Trener Łęczyński postanowił dać mi kolejną szansę, tym razem w meczu z "Błękitnymi" Stargard, który rozgrywaliśmy tydzień później. I ze wszystkich trzech napomnianych przeze mnie w dzisiejszym poście meczy, ten był dla mnie najbardziej udany. Patrząc niestety tylko pod kątem indywidualnym, ponieważ pełne emocji, zwrotów akcji, nerwów i kontrowersji spotkanie zakończyło się wynikiem 3:2 dla rywali. Rozegrałem ten mecz w pełnym wymiarze czasowym. Przebiegłem jeden z najdłuższych dystansów pośród wszystkich meczy w mojej dotychczasowej piłkarskiej przygodzie. To jednak nie wystarczyło. Pech wciąż mnie nie opuszczał, ponieważ tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego zdobyłem wyrównującego gola, którego niestety arbiter nie uznał, powołując się na zdecydowanie spóźnionego w całej akcji i niesłusznie wymachującego chorągiewką bocznego arbitra. Byłem wściekły. Do szatni schodziłem wręcz oburzony. Włożyłem w ten mecz całe swoje siły, chęci i umiejętności. Takie porażki bolą najbardziej. Tuż przed zejściem z murawy za koszulkę szarpnął mnie asystent trenera Piotra, ściągając mnie na bok w celu krótkiej "rozmowy". Nie wiedziałem o co może mu chodzić. Szczerze? Nie polubiliśmy się od samego początku. Ewidentnie mu nie pasowałem, a jeszcze bardziej nie pasowało mu zaufanie, jakim obdarzył mnie główny szkoleniowiec naszego zespołu. Co więcej, jego ulubieńcem był pewien zawodnik, który usiadł na ławce rezerwowych ze względu na mnie. Gdy pojawiłem się w zespole, wywalczyłem miejsce w pierwszej jedenastce jego kosztem. To widocznie drażniło go jeszcze bardziej. Wspomniany "pan asystent" postanowił bez przysłowiowego owijania w bawełnę oznajmić mi co sądzi o mnie i mojej grze. Obarczył mnie winą za porażki z Policami i Stargardem, zarzucił nieskuteczność, zerową przydatność w drużynie a nawet pozwolił sobie użyć stwierdzenia, że powinienem zabrać manatki i wrócić tam skąd przybyłem, bo tutaj się zwyczajnie nie nadaję. Z wściekłością odpyskowałem i oznajmiłem, że nie będę z nim dłużej rozmawiał. Zirytowany udałem się do szatni.

Zdałem sobie sprawę z tego, że zmiana drużyny i całego otoczenia będzie o wiele cięższa, niż do tej pory przypuszczałem. Po incydencie w Stargardzie postanowiłem jednak wziąć się w garść, nie rozczulać się nad sobą i w kolejnym meczu udowodnić, że zasłużyłem na to, że tu jestem, że gram i że dostaje kolejne szanse. Nikt mi tego nie dał za darmo. Więc i ja nie zamierzałem tak łatwo odpuścić...

środa, 16 marca 2016

#40 - Trudne początki.

Debiut w nowych barwach...


Po wielu ciężkich treningach, dziesiątkach blisko stukilometrowych wyjazdów, litrach potu wylanego na zajęciach i wielu godzinach odsypiania w samochodzie podczas drogi powrotnej przyszedł czas na zainaugurowanie długo wyczekiwanej rundy wiosennej. "Pogoń" Szczecin ukończyła jesienne zmagania na 3 miejscu, ze stratą zaledwie trzech punktów do zwycięskiego "Bałtyku" Koszalin, i znajdującego się tuż za liderem szczecińskiego SALOS-u. Niestety, tylko dwa pierwsze miejsca premiowane były awansem do grupy makroregionalnej, która wyłaniała najlepsze dwa zespoły wśród czterech najbliższych województw, dając im przepustkę na finalne zmagania o drużynowe Mistrzostwo Polski. Przyszło mi więc uczestniczyć wciąż w tych samych rozgrywkach, zmniejszonych o dwie drużyny, jednak oczekiwania i punkt widzenia zmieniły się diametralnie. Zaczynaliśmy jako lider. Nie interesowało nas, tak jak w Barlinku, utrzymanie. Patrzyliśmy tylko w stronę tytułu.

7 kwietnia, 2013. Zmienne warunki pogodowe. Mecz planowany na godzinę 13:00. Nie do końca wiedziałem, czego mogłem się spodziewać po moim pierwszym występie w nowej drużynie. Co prawda we wszystkich sparingach rozgrywanych podczas okresu przygotowawczego wychodziłem w pierwszej jedenastce, to jednak trener Łęczyński rzucał mnie z pozycji na pozycję. Potrafiłem zagrać 40 minut jako wysunięty napastnik, by na kolejną połowę wyjść jako lewy obrońca. Trener Piotr ewidentnie przygotowywał mnie jednak to nowej, zupełnie innej roli, aniżeli tej za czasów gry w Barlinku. Bardzo często na treningach cofał mnie do linii pomocy. Wyznaczał pachołkami wąską przestrzeń, w której mogłem się poruszać. Wszyscy grali dowolnie, ja musiałem grać na dwa kontakty. Początkowo nie dość, że mi to nie wychodziło, to w dodatku irytowało. Z czasem zacząłem radzić sobie coraz lepiej z szybką i kombinacyjną grą. Wciąż jednak miałem nadzieję, że otrzymam szansę gry na szpicy, gdzie byłem najskuteczniejszy i zarazem czułem się tam doskonale.

Od kiedy tylko przekroczyłem prób szatni, zostałem wprowadzony w stan ciężkiego szoku. Sprzęt meczowy był ze sporą dbałością porozwieszany na wieszakach. Dla każdego po komplecie. Tym bardziej zaskoczyli mnie koledzy z drużyny, którzy odstąpili mi pozostawiony po Krystianie, który awansował do drużyny Młodej Ekstraklasy, rozchwytywany zawsze przez wszystkich trykot z moim ukochanym numerem dziewiątym. Do rzeczy - w szatni panował pełen profesjonalizm. Czyli w skrócie - zupełne przeciwieństwo do latających starych lamp, piłek, butów i niedziałających pryszniców z zimną wodą, które były na porządku dziennym w Barlinku... Po dłuższej chwili pojawił się trener, który ogłosił nam wyjściowy skład...

Szybko przerzucałem wzrok na kolejne pozycje rozpisane na dużej kartce. Swoje nazwisko odnalazłem na wspomnianej już wcześniej pozycji nr 10, tuż za plecami napastnika. Przyjąłem tą informację z lekką dozą niepokoju, ponieważ zdawałem sobie, że sam przeskok na wyższe obroty, jakie towarzyszyły grze w szczecińskiej "Pogoni" będzie dużym wyzwaniem, a co dopiero nowa pozycja, przy której będę miał dwa razy więcej do roboty. Od teraz musiałem biegać dwa razy więcej, pomagać w defensywie, wracać się na stałe fragmenty i szereg innych działań, do których nie byłem przyzwyczajony. Ale przecież nie zdejmę butów, nie strzelę focha i nie powiem że nie gram bo biegania za dużo, buty za małe albo trawa za krótka. Wręcz przeciwnie. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, zasznurowałem buty jeszcze mocniej i udałem się na rozgrzewkę...

Miało być łatwo, szybko i przyjemnie. "Chemik" Police już na starcie był skazywany na pogrom, a tymczasem to oni wyprowadzili pierwszy cios, co dość mocno wybiło nas z rytmu. Ogólnie grałem dość dobry mecz. Jedyny element, który notorycznie psułem, to było oddanie piłki w pierwszym kontakcie po wykonaniu rzutu z autu. Poza tym byłem szybki, wracałem się często po podanie do defensywy i radziłem sobie przyzwoicie. Do około dwudziestej minuty...

Chemik wykonywał rzut rożny. Wróciłem się na naszą "szesnastkę". Jeden z naszych stoperów wybił piłkę głową przed siebie. Ta z kolei przeleciała nade mną w kierunku bramki rywali. Natychmiast zerwałem się do sprintu. Ścigaliśmy się wraz z kapitanem drużyny przeciwnej. Tyle, że biegliśmy z dwóch różnych stron - ja w jego kierunku, on w moim. Futbolówka wysoko kozłowała. Ja dotarłem do niej o ułamek sekundy wcześniej, niż mój rywal. Odbiłem piłkę głową przed siebie, wypuszczając ją sobie do dalszego biegu... W tym samym momencie zobaczyłem metalowe kołki skierowane wprost w moją twarz... Dokładnie. Ja zaatakowałem piłkę głową, a kapitan "Chemika" nogą... Na wysokości ponad półtora metra... Przez kolejne dwie lub trzy sekundy biegłem wciąż do przodu, zataczając się i kompletnie nic nie widząc, byłem zupełnie nieświadomy. Gdy nagle odzyskałem wzrok, okazało się, że futbolówka toczy się kilka metrów przede mną, ja jestem już na połowie przeciwnika i wychodzimy z kontrą dwóch na dwóch. Kontynuowałem więc sprint przez kolejne 50 metrów, gdy na sam koniec wystawiłem piłkę "Małemu" jak "na patelni", który niestety znakomitą sytuację na doprowadzenie do remisu zmarnował. W tym samym momencie zatoczyłem się raz jeszcze, i przewróciłem na ziemię. Przez kolejne kilkadziesiąt sekund miałem w głowie przysłowiowy "helikopter". Nie byłem do końca świadomy tego, co dzieje się dookoła. Ostatecznie jednak podniosłem się z murawy i wznowiłem grę. Schodząc do szatni na przerwę, pierwsze co zrobiłem to pobiegłem przejrzeć się w lustrze. Głowa okropnie mi pulsowała, więc wiedziałem, że coś jest nie tak. Po dwudziestu minutach od zdarzenia miałem już ogromnego krwiaka z bocznej strony czoła, mniej więcej o średnicy dobrych pięciu centymetrów. Wydawało mi się, że rósł mi w oczach. Kolejne 15 minut przesiedziałem więc czując się jak po dobrych kilku piwach, średnio rozumiejąc przekaz trenera.

Po wznowieniu gry dostaliśmy szybką bramkę na 0:2, co całkiem obniżyło nasze morale. Trener rotował jednak składem, wymienił skrzydła i zdjął jednego ze stoperów. Wciąż atakowaliśmy. Dwukrotnie sędzina niesłusznie odgwizdała mi pozycję spaloną, gdy wychodziłem sam na sam z bramkarzem. Nie ukrywam, że pod nosem skwitowałem ją niezbyt miłą wiązanką, i wiedziałem że raczej się nie polubimy. Dwukrotnie także oddając strzał nabiłem rywala w rękę, za co ewidentnie należały nam się rzuty karne, jednak sędzia główny także był przeciwko nam. Dopiero kilka minut przed końcem jeden z naszych zawodników został sfaulowany, co arbiter musiał widzieć jak czarne na białym i wskazał na "wapno". Odruchowo porwałem piłkę w ręce i ustawiłem na jedenastym metrze. Byłem przekonany, że nikt nie wejdzie mi w paradę i to ja będę mógł wyegzekwować rzut karny. W ostatniej chwili pojawił się jednak "Baszi", którego trener wyznaczył do wykonywania stałych fragmentów. Niezadowolony udałem się za linię szesnastego metra, by obserwować, jak Wojtek daje nam kontaktowe trafienie. Ostatecznie jednak nie udało się osiągnąć korzystnego rezultatu i mój debiut w szczecińskiej "Pogoni" przegraliśmy w stosunku 1:2. Pozytywem było to, że rozegrałem pełne 80 minut w całkiem niezłym stylu. Gorszą informacją z kolei było to, że zaraz po wyjściu z szatni wylądowałem w ambulansie, gdzie musieli zaopiekować się mną ratownicy medyczni. Głowa bowiem bolała mnie coraz mocniej... Po powrocie do domu spędziłem kilka godzin na spaniu pod wpływem tabletek przeciwbólowych...

Na następny dzień nie minęła mnie szkole salwa śmiechu ze strony wszystkich kolegów oraz fala współczucia od wszystkich koleżanek. To drugie jakoś bardziej mi pasowało. Ogromny krwiak, zdarta i lekko rozcięta skóra - to wszystko efekt wczorajszego starcia. Całe 7 godzin w szkolnej ławce przesiedziałem jak za karę, ledwo powstrzymując się od wymiotów. Pamiętam, że gdy przyszedłem do domu i oznajmiłem rodzicom, że chyba potrzebuję wizyty w szpitalu, było u nas spore zamieszanie z montażem kablówki. Mama w pośpiechu porwała mnie na izbę przyjęć, gdzie zrobiono mi rentgen głowy. Następnie zostałem skierowany niezwłocznie do placówki szpitalnej w Gorzowie Wielkopolskim. Tam z kolei przesiedziałem z rodzicami kolejne 3 godziny, zanim doktor łaskawie wrócił z dyżuru i mnie przebadał... Do domu wróciłem z bolącą głową, o godzinie 22 oraz z diagnozą - stłuczenie głowy i coś na kształt lekkiego wstrząśnienia mózgu. Zalecenia - miesiąc odpoczynku od gry... Gdy to usłyszałem, miałem ochotę zafundować lekarzowi podobny uraz... Przerwa w grze tuż po debiucie nie była mi na rękę... Zbliżały się kolejne mecze, a także seria szkolnych zawodów... Musiałem szybciej stanąć na nogi.